Początki wcale łatwe nie były, albo jedynie tak mi się wydawało.
Potrafię cieszyć się wieczorami i postrzegam noce jako coś nadzwyczaj pięknego.
I są to tylko moje noce, własne osobiste, niezakłócane przez nikogo.
O dziwo takie samotne, i to jesienią kiedy powinna dopadać mnie depresja, naprawdę mnie cieszą.
Mogę słuchać Myslovitz, nastrojowej częściowo Marysi P., mogę spać sama w nowym ogromnym łóżku i wcale, ale to wcale nie jest mi z tym źle.
Uśmiecham się sama do siebie. Być może dlatego, że podjęłam dobre decyzje. Że jestem tego taka pewna.
Może dlatego, że uczę się żyć znowu sama wśród ludzi. A może też i dlatego, że już nie słyszę prawie codziennie, że coś robię źle, mimo, że tak bardzo się staram.
I wcale niewykluczone, że łóżkiem się z kimś w końcu podzielę, bo lubię. Ale nie z nim. Co więcej - będzie to wynikało z mojej chęci. I wiem, że wtedy też będzie mi dobrze :) może nawet odrobinę lepiej niż w moje osobiste jednoosobowe noce.... ale tylko odrobinę :)